Pewnie zdań jest tyle, ilu dyskutujących. Ja słyszałam i czytałam to, co mówią/piszą moje koleżanki/koledzy po piórze. Jedni twierdzą, że takie spotkania to coś bezsensownego, bowiem autorowi głównie powinno chodzić o promocję, a cóż to za promocja, jeśli na takim spotkaniu sprzeda się 5 lub 10 książek? A jeśli tylko dwie?
Inni twierdzą, że nie jeżdżą/nie chodzą - bo są nieśmiali, wstydliwi i mało komunikatywni.
Jeszcze inni piszą, że nie mają czasu/szkoda im czasu. Że to męczące i nic nie daje.
A ja?
A ja zgadzam się ze wszystkim, o czym mowa wyżej, ale na spotkania autorskie ... jeżdżę. Dlaczego?
Bo to kocham po prostu. Kocham tych wszystkich ludzi, którzy przyszli spotkać się ze mną, choćby przyszli tylko po to, żeby policzyć moje zmarszczki. A co tam, mam i wcale się ich nie wstydzę.
Gdy słyszę - po dyskusji - że ci ludzie, którzy siedzą vis a vis mnie, zadają pytania, z których wynika, że naprawdę czytali moje książki, serce rośnie mi bardziej, niż w momencie spoglądania na rozliczenie sprzedaży tych książek. Ci ludzie przyszli, żeby porozmawiać - ze mną - lub choćby po to, żeby wysłuchać tego, co mam do powiedzenia. Więc raduję się tym, choć czasami są pytania, których nie cierpię. Z serii plotkarskich, osobistych, rodzinnych.
- Czy pani ma dzieci? - słyszę i krew mnie zalewa. Bo co to kogo obchodzi? Czy fakt posiadania dzieci wpłynie na opinię czytelnika o mojej książce?
- A co mąż na pani sukcesy? - słyszę i śmiać mi się chce. Bo co to ma do rzeczy?
I takie tam.
No więc - Uwaga! Nie mówię o swojej rodzinie. Nie mówię o swoich dzieciach. Nie mówię o swoim mężu/bracie/siostrze/kuzynie/szwagierce itd. Mówię natomiast o swoich zwierzętach, ponieważ występują one w moich książkach. Mąż, dzieci, rodzina - nie.
Czasami organizowane są spotkania grupowe - takie lubię najbardziej. Tu, na tym zdjęciu, widzicie 5 autorek, biorących udział w spotkaniu w warszawskiej bibliotece na Targówku. Inwazja pięciu autorek na jedną bibliotekę. Każda z nas wygłosiła mini referat, potem była świetna dyskusja, a - na końcu - konkurs. Konkurs polegał na tym, że jego uczestnicy (zgłosiło się 6 osób) wymieniali po kolei autorki, nazwiska piszących kobiet. Polskich i zagranicznych. Żyjących i nieżyjących. Kto się "zgubił", odpadał. Atmosfera robiła się gorąca, nazwisk zaczynało już brakować, aż wreszcie jedna z uczestniczek konkursu, po chwilowych "zatkaniu się", odetkała się nagle i triumfalnie wygłosiła kolejne nazwisko piszącej kobiety: MIŁOSZ - usłyszeliśmy i w ten oto sposób dowiedzieliśmy się, że nie tylko Kopernik była kobietą.
Pani odpadła, choć ja upierałam się, że właśnie powinna wygrać. Cóż, mimo, iż byłam przewodniczącą tej grupy, zostałam przegłosowana.
Tu link do opowieści o tym spotkaniu:
http://tejowy-smietniczek.blogspot.com/2011/12/czytanie-pod-choinka-i-inwazja-5.html?spref=fb
A przed chwilą sobie podliczyłam i wyszło mi, że w ubiegłym roku brałam udział w 13 spotkaniach autorskich. Nieźle, zważywszy na to, że zadebiutowałam dopiero w lutym 2011 r.
To było moje pierwsze spotkanie - też w bibliotece na Targówku:
Póżniej był Gdańsk, wspólne spotkanie z Magdaleną Witkiewicz, pisarką z tego miasta. Opowiadałyśmy historię pewnej znajomości - czyli o tym, jak i gdzie się poznałyśmy.
O - tak było (ta trzecia to wspaniała pisarka gdańska, Hanna Cygler, na tym spotkaniu gościnnie):
O innych spotkaniach - niebawem...
Później

